| Biathlon Pliszkowski |
| Poniedziałek, 17 Sierpień 2009 21:03 |
|
Czyli jak Ludziu złapał stopa, a Piotrkowi i Filipowi się to nie udało.
Byliśmy kiedyś z kolegami na spływie ;). Kolegów zbyt wielu nie było, bo zebrała się nas raptem trójka, ale na jednodniowy niedzielny spływ to ekipa w sam raz. Postanowiliśmy spłynąć Pliszkę na odcinku od jeziora Wielickiego do Koziczyna. Jest to odcinek, przed którym zawsze były kończone szkoleniówki więc uznaliśmy, że należałoby uzupełnić informacje o tej fajnej rzeczce.
W klubie zebraliśmy się przed 8.00, a wyjechaliśmy z niego około 8.30. Podróż na miejsce trwała około 2,5 h + przerwa na zakupy. Przed południem dotarliśmy do biwaku, na którym w zeszłym roku był wieczór kapitański. Krótkie przygotowanie sprzętu i w południe byliśmy już na wodzie. Po przepłynięciu końcówki jeziora pokonaliśmy próg, na którym spotkaliśmy jakiś niedzielnych kajakarzy;) i wpłynęliśmy na rzekę.
Pliszka jest bardzo malowniczą rzeką. Na tym odcinku rozlewa się dość szeroko. Niestety powoduje to, że wiosłując odpychaliśmy się praktycznie o dno. Na szczęście było teraz więcej wody niż na tegorocznej szkoleniówce, kiedy to musieliśmy wysiadać z kajaków i „wyprowadzać je na spacer”. Widać, że na Pliszce są na tym odcinku organizowane spływy komercyjne, bo niestety wyższe zwałki są w wielu miejscach poprzecinane. Na niższe zwałki kajak Sidora wchodził jak marzenie ( Kiedyś myślałem, że Sidor jest dobrym kajakarzem a teraz wychodzi na to, że ma po prostu świetny kajak;)). Po pewnym czasie rzeka zrobiła się trochę głębsza. Po 1,5 godzinie płynięcia musieliśmy się przenieść przez pozostałości tzw. drugiego młyna gdzie spotkaliśmy parkę wędkarzy i ich niespotykany wehikuł. Inżynierowi volkswagena nie maja pojęcia (na szczęście), co można zrobić ze starego passata. Początkowo uznaliśmy ze jest to złom porzucony w lesie, ale właśnie wtedy, gdy chłopaki już się przymierzali do zrobienia sobie zdjęcia na jego masce parka przyszła, wsiadła do „samochodu „ i odjechała. Passat był przerobiony na pickupa, tzn. wycięta tylna cześć kabiny. Tył załatany przynitowaną blachą ocynkowaną, powyrywane klamki przerdzewiały, ale jeździł (tyko po lesie, bo nie miał przeglądu jak się nam właściciel przyznał)
Za tą przenoska rzeka przyspieszyła i była już dość wartka. Płynęło się bardzo miło. Widoki nadal były wspaniałe. Wysokie brzegi porośnięte lasem, częste zwałki, które jednak życia nam zbytnio nie utrudniały. Mieliśmy tam jeszcze jedna przenoszę na pozostałościach następnego młyna, Była ona trudniejsza z uwagi na wyższe brzegi i brak ścieżki. Po jej pokonaniu dopłynęliśmy do Sądowa gdzie pod mostem zrobiliśmy sobie popas. W Sądowie czekała nas jeszcze przenoska na małej elektrowni wodnej ( kiepskie zejście do wody) i inne atrakcje
Za przenoszą Pliszka się znów rozlewa i zwalnia. Dłuższy kawałek płynie przez wieś. W jednym miejscu ktoś ze zwalonego pnia zrobił sobie mostek, niezbyt wysoki. Slalom dałby radę przeskoczyć, ale przed mostkiem była jeszcze zwałka, która uniemożliwiała rozpędzenie się. Ludziu wyskoczył na pień, bo klubowy żółtek kiepsko wchodzi na zwałki. Najpierw przeciągnęliśmy Piotra, później Ludziu pomógł mi. Wciągnął mnie na zwałkę a gdy zjeżdżałem „pomógł” mi jeszcze raz. Stracił równowagę i załapał się na stopa na mój kajak. Nie byłoby problemu gdyby nie fakt, że Ludziu postanowił jeszcze poćwiczyć zapasy i założył mi nelsona albo jakiś inny chwyt. Nie mogłem ruszyć ani wiosłem, ani ręką. Ale3 cały czas jeszcze staliśmy. Była nadzieja. W tym momencie Ludziu się „poprawił” i lekko przechylił w prawo. Nadzieja poszła pod wodę, ja za nią. I kabina. Ludziu później cos jeszcze tłumaczył, że jest to jedna z metod ratownictwa, holowanie na wodzie. W słowach, których tu nie przytoczę wyjaśniłem mu, że holowany powinien inaczej chwycić holującego.
Po tym incydencie dalsza część płynięcia przebiegła nam bez problemu. Do Koziczyna dotarliśmy kilka minut po 18. Tam spotkaliśmy lokalnego kajakarza, który podrzucił Piotrka i mnie do Cybinki ( wielkie dzięki). I na tym skończyły się autostopy na spływie a zaczęła się druga cześć biathlonu – marsz na orientację. Z Cybinki do Sądowa 4 km asfaltówką (nikt się nie zatrzymał niestety), pozostałe kilkanaście km lasami. Wyprawa iście traperska zważywszy na ilość zwierzyny, jaką spotkaliśmy. Płowej nie zliczę ( ok. 7 szt. ;) ). Do tego dzik przeskoczył nam drogę nie dalej jak 10 m przed nami. Poza tym pająki zastawiały na nas swe sieci. W pewnym momencie uciekło przed nami szare zwierze dość przysadziste, którego nigdy w życiu nie widziałem. Myślę, że był to borsuk, ale głowy nie dam. Nie zawsze byliśmy pewni czy dobrze idziemy ( pod koniec wogóle), ale jak się okazało orientowanie się wg zachodzącego słońca wyprowadziło nas tam gdzie chcieliśmy. Po 3 h szybkiego marszu, i ok. przebytych 20 km dotarliśmy do samochodu. Po kilkudziesięciu minutach WRC na szutrowych drogach pogranicza dotarliśmy do mety spływu. Tam czekał na nas znudzony Ludziu ( nie zazdroszczę). Ogarnięcie się i załadowanie zabrało nam kilka chwil, bo już było ciemno. W drodze powrotnej zaliczyliśmy kilka orlenów gdzie nie było hot-dogów, więc wpadliśmy też do baru by uzupełnić stracone kalorie. O 1.30 Wpadłem do akademika. Gdy powiedziałem portierce, że do klubu kajakowego ta stwierdziła „ Ale tam nikogo nie ma” Cóż… gdy powiedziałem, że chce odnieść kajaki, ona odpowiedziała że już ktoś odniósł ( Białka wróciła 1,5 h wcześniej – Kwach napisał mi że późno wrócili, czasami Prezes nie wie co plecie;))W końcu dostałem klucz. Rozładunek i do domu. O 1.59 Dzięki Ludziowi wylądowałem pod chatą i tak na razie zakończyłem przygodę z Pliszką. „Na razie”, bo być może odbędzie się tam mój urodzinowy spływ, ale jak na razie konkurs trwa.
Podsumowując: Pliszka na tamtym jest na pewno warta spłynięcia. Malownicza, zwałkowa, ale niezbyt trudna, rekreacyjna. Dodatkowo w okolicy znajduje się Ilanka, której z braku czasu nie zdążyliśmy zbadać. Są na niej organizowane komercyjne spływy, więc jest na pewno pływalna. Sprawdzimy to jesienią
Sorka za te wypociny, ale lepiej pisać nie potrafię
Filip |
| Informacje |
Al. Jana Pawła II 26
|